piątek, 28 czerwca 2013

Rozdział 7

Gwałtownie otworzyłam powieki, czując, że moje ciało się z czymś zderzyło. Co jest grane? Podniosłam głowę i uświadomiłam sobie, że leżę na podłodze. Ale jak to? Rozejrzałam się po pokoju, zdając sobie sprawę, że to jakiś obce miejsce. Zmrużyłam oczy, próbując sobie wszystko poukładać. Już wiem! Jestem u Niall'a. Podniosłam się z drewnianej posadzki i stanęłam na równych nogach. Blondyn słodko pochrapywał, rozwalony na całej szerokości materaca. To by wyjaśniało mój upadek. Przyznam, że wyglądał bardzo uroczo. Jego usta były lekko rozchylone, a włosy odstawały we wszystkie strony. Zgryzłam wargę, powstrzymując uśmiech wkradający się na moją twarz. Nie udało się, kąciki moich ust mimowolnie uniosły się do góry. Poważnie, Veronica? Wywróciłam oczami i podeszłam do biurka. Wzięłam do ręki mojego iPhone'a5 i odblokowałam go. Były dwie wiadomości. Jedna od mamy, z pytaniem, kiedy wrócę do domu, a druga od Pezz, informująca, że mam się stawić w Starbucks o piętnastej. Niech jej będzie. Westchnęłam, przeczesując włosy ręką. Poszłam do łazienki się ogarnąć. Podkradłam mamie Niall'a tusz do rzęs i eyelainer. Kiedy już nie wyglądałam gorzej, niż ustawa przewiduje, zrzuciłam z siebie koszulkę chłopaka i założyłam moją sukienkę. Wchodząc do pokoju, zauważyłam, że blondynek nadal smacznie śpi. Wyglądał tak niewinnie, wręcz bezbronnie. Mogłabym go podziwiać godzinami. Ja serio tak pomyślałam? Potrząsnęłam głową i znowu podeszłam do biurka. Wyrwałam kawałek kartki z pierwszego, lepszego zeszytu i zaczęłam poszukiwania jakiegoś długopisu, czy ołówka. Nieważne, byleby pisało. W oczy rzucił mi się różowy flamaster. Stylowo, panie Horan. Wzięłam go do ręki i zaczęłam bazgrać.

Dziękuję, że mnie wczoraj uratowałeś. Gdyby nie ty, nie byłoby ze mną dobrze. Nie chciałam cię budzić, zbyt słodko wyglądałeś. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, jak żałośnie to brzmi :) Twoją koszulkę wrzuciłam do kosza na pranie, który stoi w łazience. Po co ja ci to właściwie mówię? Przecież wiesz, gdzie stoi twój kosz na pranie. Nieważne. To ten, to zobaczenia. Veronica.
PS Aww, jaki szalony kolor flamastra ♥

Zaśmiałam się sama do siebie i wyszłam z pokoju, rzucając ostatnie spojrzenie, w stronę chłopaka. Jak to możliwe, że w tak krótkim czasie zdążył tak bardzo namieszać mi w głowie? Co w nim takiego jest? Sama nie wiem. Zaczynał coś dla mnie znaczyć. Ale to jest złe. Nawet bardzo złe. Zgryzłam wnętrze policzka, wkładając na nogi wysokie szpilki. Powodzenia, że gdzieś w nich dotrę. Wyszłam, zamykając za sobą drzwi. Kolejny problem z dostaniem się do domu. Gdzie ja właściwie jestem? Opuściłam posesję Horan'ów i przeszłam kilka kroków po chodniku. Ujrzałam tabliczkę z nazwą ulicy. Szybko wyjęłam telefon ze stanika i zadzwoniłam po taksówkę. No co? W dupę miałam go sobie wsadzić? Przecież nie mam żadnej torebki. Droga do domu zajęła jakieś pół godziny. Weszłam do mieszkania i po chwili znowu z niego wyszłam, z pieniędzmi dla taksówkarza. Wpadłam do pokoju, zdejmując kieckę i rzuciłam ją gdzieś w kąt. Wzięłam po drodze czyste ciuchy, świeżą bieliznę i powędrowałam do łazienki. Kiedy już wzięłam prysznic i byłam ubrana, zeszłam na dół, zrobić sobie śniadanie. W Starbucks stawiłam się punktualnie. Spędziłam świetny dzień z przyjaciółkami. W domu byłam około 20 i nim się obejrzałam był poniedziałek. Szłam przez trawę, na terenie szkoły, kierując się do budynku. Zbliżała się połowa września, a nadal jest ciepło. Wsłuchiwałam się w słowa piosenki "The A Team" Ed'a Sheeran'a, lecącej właśnie w moich słuchawkach, aż w kogoś weszłam. Podniosłam głowę. Przede mną stał Jason, przywódca paczki, do której należy Matt. "Dzielą" władzę w naszej szkole z gangiem Tomlinson'a, do którego należy Niall. Czemu ja ciągle o nim myślę? Mniejsza. Chodzi o to, że obie grupy się nienawidzą. Bardzo często dochodzi do bójek, raz nawet poszło o mnie. Któryś z kumpli Louis'a klepnął mnie w tyłek, na oczach mojego przyrodniego brata. Dopiero się działo. On wpadł w jakiś szał. Może i sam nieraz się do mnie dobierał, ale przed innymi mnie broni. Gdyby odpuścił sobie to debilne podwalanie się do mnie, byłby świetnym, starszym bratem. Przysięgam.
-Cześć, Ronnie. -Mruknął szatyn. -Przepraszam. -Posłał mi uśmiech. Cóż, koledzy Matt'a mnie lubią. Kilku z nich nazywa mnie nawet "siostrą"
-W porządku. Właściwie to ja nie patrzyłam, gdzie idę. -Lekko uniosłam kąciki ust, wyjmując słuchawki z uszu. Kiedy chciałam już iść, zatrzymał mnie głos chłopaka.
-Co cię łączy z Horan'em? -Kompletnie wytrącił mnie tym pytaniem z równowagi.
-Skąd pomysł, że coś mnie z nim łączy? -Odparłam, udając zdziwienie.
-Och, nie udawaj głupiej. -Zaśmiał się. -W zeszłym tygodniu gadaliście w stołówce. -Nie wiem dlaczego, ale Jason zawsze był dla mnie miły. Nawet, gdy robiłam się cholernie wredna. Ludzie się go bali, potrafił być agresywny nawet w stosunku do dziewczyn. Mnie jednak lubił, chyba. Zachichotałam i wzruszyłam ramionami. -W każdym razie, nie zadawaj się z nim. To wróg, jak wszyscy od tego skurwysyna, Tomlinson'a. -Westchnęłam, odchodząc. Wróg? Możliwe. Szkoda tylko, że mój mózg nie przyjmował tego do wiadomości. W mojej głowie słowa opisujące blondyna brzmiały: "ktoś, kto sprawia, że na twoich ustach gości uśmiech, jednocześnie cholernie cię wkurzając". Ach, jakież to prawdziwe.

                                                                         ***
Tak, wiem, prawie w ogóle nie było Niall'a w tym rozdziale. Cóż mogę powiedzieć... Tak po prostu wyszło, wybaczcie :) Następny może dziś wieczorem, ale nie obiecuję xx

1 komentarz:

  1. Dodaj dzisiaj kolejną część! Nie mogę się doczekać! :*

    OdpowiedzUsuń