Otworzyłam oczy, czując przeraźliwy ból w głowie. Chciałam przeczesać dłonią włosy, lecz coś mi to uniemożliwiało. Zorientowałam się, że mam związane ręce. Zaczęłam rozglądać się po pokoju, w którym się znajdowałam. O ile to pokojem można nazwać. Wszędzie było ciemno i pachniało stęchlizną. To jakaś piwnica? Garaż? Strych? Wygrzebałam się z pod koca i usiadłam na starym materacu, który jeszcze przed chwilą służył mi jako łóżko. Co się do cholery stało? Zmarszczyłam brwi, próbując sobie przypomnieć ostatnie wydarzenia, aż w końcu mnie olśniło...-Cześć, kochanie. -Usłyszałam szept Stan'a, tuż przy moim uchu. -Mówiłem, że niebawem się spotkamy. -Złapał mój nadgarstek i zaczął ciągnąć w nieznanym kierunku. Szarpałam się i krzyczałam, ale nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Mieli lepsze zajęcia, jak na przykład oglądanie wyścigów. Oddaliliśmy się od zgrupowania ludzi i znaleźliśmy się w starym magazynie, który służył jako przejście.
-Zostaw mnie! -Zapiszczałam, wyrywając dłoń. Włożyłam w to całą swoją siłę i udało się. Odwróciłam się, żeby uciec, jednak on złapał moje ramię i rzucił mną o podłogę. Spróbowałam się podnieść, ale poczułam ogromny ból w brzuchu. Kopnął mnie. Złapał mnie za włosy i pociągnął do góry.
![]() |
| Stan Clarke |
Łzy ciekły ciurkiem po moich policzkach, gdy wspomnienia z ostatniego wieczoru wróciły. Ja nawet nie wiem, która jest godzina! Nowy dzień, czy środek nocy? Skąd mam wiedzieć? Tu nawet okien nie ma! Sznury ocierały się o skórę na moich nadgarstkach, powodując niemiłosierne pieczenie. Usłyszałam jakieś kroki. Przerażona przełknęłam ślinę i jak najszybciej wróciłam do pozycji leżącej, niezdarnie naciągając na siebie koc. Słyszałam, że drzwi się otworzyły, a do pomieszczenie wpadła smuga dziennego światła. A więc nie wróciłam do domu na noc... Ciekawe, czy ktoś mnie szuka. Miałam zamknięte oczy, jednak jasność mimo to raziła mnie. Materac zapadł się, pod ludzkim ciężarem. Chwilę później poczułam, jak męska ręka gładzi moje włosy. Ohyda.
-Ciekawe, kiedy się obudzisz, skarbie. -Stan cmoknął mój policzek i wyszedł. Gdy tylko drzwi ponownie się zamknęły, z powrotem usiadłam i zaczęłam pocierać dłońmi skórę, którą całował ten psychopata. Nie wychodziło mi to za dobrze, gdyż więzy krępowały moje ruchy, ale mimo wszystko poczułam się lepiej, gdy starłam jego ślinę z policzka. I co ja mam teraz zrobić? Podniosłam ręce do ust i zaczęłam zębami skubać sznur. Smakował jak gówno, ale lepsze to, niż siedzenie na dupie i czekanie na Bóg wie co. Kiedy lina była już nieco postrzępiona, zaczęłam gwałtownie szarpać dłońmi, aby ustąpiła. Udało się! Podniosłam się pośpiesznie z materaca i po omacku podeszłam do drzwi. Szarpnęłam za klamkę. Ani drgnęły.
Wpadłam na pewien pomysł Zaczęłam szukać... Tak na prawdę sama nie wiem czego. To coś musi być ciężkie, może metalowe? Po prostu, żebym mogła się tym obronić. Przechadzka po zaciemnionym pomieszczeniu z bólem głowy to nie łatwe zadanie, które zaowocowało aż trzema upadkami. Syknęłam, gdy przez przypadek uderzyłam o coś stopą. To niemożliwe, że nie ma tutaj chociażby jednej rzeczy, która mogłaby mi pomóc. Doszedłszy do wniosku, iż nie mam już najmniejszych szans, po raz kolejny zaczęłam płakać. Co on ze mną zrobi? Zabije? Zgwałci? Urządzi tortury? Tyle pytań, zero odpowiedzi. Postanowiłam wrócić do "łóżka", ale przez przypadek
weszłam w szafkę. Przynajmniej sądzę, że to była szafka. Podparłam się rękami o drewniany mebel, aby uniknąć kolejnego upadku i wyczułam coś... Zimne, chyba metalowa. Wzięłam przedmiot do ręki i zaczęłam go "obmacywać". Nożyczki. To już coś. Może jednak dam radę? Gdy usłyszałam echo kroków na korytarzu, rzuciłam się w stronę łóżka, cudem unikając kolejnego upadku. Padłam na materac i przykryłam się kocem, mocno ściskając moją "broń" w dłoniach. Drzwi otworzyły się, a ja ujrzałam Stan'a. Tym razem nie udawałam, że śpię. Znowu by wyszedł i zamknął mnie na klucz, a to w niczym by mi nie pomogło.
-Aww, widzę, że śpiąca królewna już się zbudziła. -Wymruczał, zmniejszając dzielącą nas odległość. Przełknęłam ślinę, w duchu przygotowując się na nadchodzące wydarzenia. Wszystko działo się tak szybko. Ręce Stan'a obejmujące mnie w pasie, jego usta na mojej twarzy, nożyczki wbite w jego nogę... A potem tylko jego krzyk i moja ucieczka. Biegłam na dół, przeskakując co drugi schodek. Podeszłam do drzwi
frontowych i opuściłam dom sprintem. Wybiegłam na ulicę... A raczej wał, polną drogę. Biegłam ile sił w nogach, aby tylko być jak najdalej od tego psychopaty.*Oczami Niall'a*
Siedziałem w domu razem z kumplami, oblewając wygrany wyścig. Ten frajer, Jared, nie miał ze mną szans. Przez zakłady, chłopcy nieźle się wzbogacili. Nagle ktoś zaczął pukać, a raczej walić do drzwi.
-Kurwa idę! -Warknąłem i poszedłem otworzyć. Widok, który rozprzestrzeniał się przede mną, był co najmniej śmieszny. Otóż w drzwiach stał Matt. Czego on może chcieć?
-Jest tu Ronnie?! -Wydarł się jak idiota, popychając mnie i wpadł do mojego mieszkania.
-Nie ma, spieprzaj. -Prychnąłem, pokazując mu ręką drzwi. Co on sobie do chuja wyobraża, wparowując do mojego domu?
-Jak to nie ma?! -Krzyknął, jakiś taki zdesperowany, chyba. -Ja pierdolę, nie to niemożliwe... -Jęczał, chowając twarz w dłoniach. Co się do cholery dzieję? Co z Ronnie?!
-Anderson, mów co chcesz, zanim cię stąd wypierdolę! -Syknął Lou, wstając z kanapy.
-Veronica zniknęła! Nie wróciła na noc, myślałem, że jest tutaj!
-Co?! -Czułem, jakbym tracił grunt pod nogami. Jak to, zniknęła? Moja księżniczka... Boże...
-Była wczoraj na wyścigach i nie wróciła! -Kiedy to powiedział, nie wytrzymałem. Zamachnąłem się i wymierzyłem cios w jego szczękę. Była na wyścigach? Dlaczego ten skurwiel pozwolił jej tam iść?! Przecież każdy głupi wie, że jeżeli dziewczyna pójdzie tam sama, to nie ma szans na powrót. No chyba, że jest dziwką i pomiędzy kolejnymi rundami zabawia facetów...
Szybko chwyciłem kluczyki od samochodu i wybiegłem z mieszkania. Musiałem ją znaleźć.
*Oczami Veronicy*
Był ranek, tak, jestem pewna. Widać było to po słońcu. Dość długo szłam przez jakieś pola, ale w końcu dotarłam do jakiejś... wsi? Tak. Chyba tak. Co jakiś czas mijałam jakiś pojedynczych ludzi. Ludzi, phi, zabawne. Nawaleni alkoholicy z butelką taniego wina w ręku, przewracający się co drugi krok. Objęłam się ramionami, czując coraz większy chłód. Moja kurtka najpewniej została u tego psychola. Bogu dzięki, że w ogóle mam na sobie ubrania. Zatrzymałam się na chwilę, czując, że nie mam już sił. Głowa nadal mnie bolała od tego cholerstwa, które dał mi Stan. Jakby tego było mało, to byłam prawie pewna, że mam pod okiem limo, przez wczorajszą szarpaninę. Ponowiłam marsz i nie przerywałam go przez kolejne minuty.
Nie wiem, ile kilometrów już przeszłam. Pięć? Dziesięć? Dwadzieścia? Nieważne. Nogi mi odpadały. Mijałam kolejne domki, aż rzucił mi się w oczy pewien budynek. Wyglądał, jakby był mieszkalny, jednak na ścianie widniał szyld. Sklep? Nie wygląda zachęcająco, ale... Cóż, jak się nie ma co się lubi... Pokonałam drogę dzielącą mnie od mojego "celu" i weszłam do środka. Sklepik był niewielki. Podłoga wyłożona płytkami, pozwalała przedostać się do kasy. Zamrażarki wypełnione mrożonkami i lodami zajmowały większość miejsca.Osoby w sklepie zwróciły na mnie swoją uwagę. Starsza pani z dzieckiem, prawdopodobnie wnuczką, dwójka chłopaków oraz pijany mężczyzna. Po prostu świetnie. Ruszyłam przed siebie i podeszłam do sprzedawczyni, odprowadzona niezadowolonymi pomrukami klientów. Boże, ludzie, nie wykupie wam towaru. Nawet, gdybym chciała, to nie mam za co.
-Przepraszam. -Zwróciłam się do kobiety, stojącej za ladą. Odwróciła się w moją stronę, dziwnie na mnie patrząc. -Czy... Czy mogłabym skorzystać z telefonu? -Zapytałam ochrypłym głosem. Nie odzywałam się już od jakiejś godziny albo i dłużej.
-Hmm, nie widziałam cię tu nigdy. Do tego wyglądasz jak z jakiejś mafii, nie będę miała przez ciebie problemów? -Zapytała, a ja otworzyłam usta zaskoczona. Wow, bezpośrednia kobieta.
-Nie, oczywiście, że nie. Po prostu się zgubiłam. -Wytłumaczyłam, uśmiechając się, z nadzieją, że to ją jakoś przekona.
-Kurtkę też zgubiłaś? -Prychnęła, kręcąc głową. Chyba mi nie uwierzyła. -No dobra, masz. -Wsadziła rękę do kieszeni i wyjęła z niej telefon, który po chwili mi podała. Wzięłam urządzenie, rzucając krótkie "dziękuję" i wystukałam numer do Niall'a. Jeden sygnał. Drugi. Trzeci...
-Halo? -Usłyszałam jego głęboki, kojący, ale i zdenerwowany głos.
-Niall, to ja. -Jęknęłam, bliska płaczu. Boże, byłam taka szczęśliwa.
-Ronnie?! Matko, skarbie, gdzie ty jesteś?! Matt mówił, że nie wróciłaś na noc! -Wszystko wypowiedział na jednym wdechu.
-Ja, kurwa, nie wiem, gdzie jestem. Poczekaj. -Odsunęłam telefon od ucha i skierowałam się do sprzedawczyni. -Jak się nazywa to miejsce?
-Nashville. -Odparła, obsługując kolejnego klienta.
-Nashville. Jestem w jakimś sklepie, błagam cię, przyjedź.
-Co ty tam do cholery robisz?! -Warknął. -Dobra, nieważne. Już jadę, księżniczko. Błagam cię, uważaj na siebie i pod żadnym pozorem nie wychodź z tego sklepu, rozumiesz? -Pokiwałam głową, zapominając, że blondyn mnie teraz nie widzi.
-Tak. -Rzuciłam. -Kocham cię.
-Ja ciebie też. -Po czym chłopak przerwał połączenie.
***
Trochę długo nic nie dodawałam, wybaczcie. Nie miałam ani komputera, ani weny, więc samo wyszło... Rozdział nie jest zbyt specjalny, ale chciałam dodać go dzisiaj :) xx







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz