wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdział 1

Dryyń, dryyń! Otworzyłam leniwie oczy i zaczęłam szukać źródła hałasu. Mój wzrok spoczął na szafce nocnej. Wzięłam do ręki mojego iPhona5 i przejechałam kciukiem po ekranie, w celu odblokowania. Jedno nieodebrane połączenie od Jade. Ech, czego ona może chcieć ode mnie tak wcześnie? Nie dość, że to ostatni dzień wakacji, to ona jeszcze chce mnie wyciągnąć z łóżka o tej godzinie. A właśnie, która godzina? Otworzyłam szerzej oczy, kiedy zorientowałam się, że już po 12. Powinnam być kilkanaście minut temu w centrum, gdzie umówiłam się z dziewczynami. Ups.

Do; Jade ;*
Sorki, zaspałam. Za 40 minut będę. Czekajcie na mnie w Starbucks xx

Po wysłaniu wiadomości wystrzeliłam z łóżka, jak rakieta. Po drodze do łazienki złapałam jeansowe szorty z wysokim stanem, ciemnozieloną koszulę, bez rękawów i czystą bieliznę. Wzięłam szybki prysznic i zaczęłam się szykować. Włosy spięłam w kitkę, na czubku głowy. Nałożyłam standardowy makijaż, czyli tusz i eyelainer. Wyszykowana zbiegłam na dół, wcześniej zabierając torebkę z fotela. Wchodząc do kuchni, zorientowałam się, że dom jest pusty. No, prawie pusty. Henry w delegacji, Matt u kumpla, a mama odsypia nocną zmianę. Zgarnęłam z lodówki pitny jogurt, założyłam koturny i wyszłam z domu, zamykając go na klucz. Teraz mój odwieczny problem, jak się dostać do centrum. Nie mam ochoty ani czasu na spacer, więc zostaje mi autobus. Ugh, nie znoszę jazdy autobusem. Przystanek znajdował się kilka metrów od mojego domu, więc powoli wyszłam z posiadłości. Na miejsce dotarłam po, około 10 minutach. To było zdecydowanie najgorsze 10 minut mojego życia. Wszystkie miejsca były pozajmowane, więc oczywiście musiałam stać. Był taki tłok, że co chwile ktoś na mnie wpadał albo ja na kogoś, a na domiar złego, grupka nieciekawie wyglądających typów, normalnie rozbierała mnie wzrokiem. Otrząsnęłam się, otwierając drzwi Starbucks'a. Pomachałam do dziewczyn i stanęłam w kolejce. Zamówiłam kawę i sałatkę.
-Witamy panią spóźnialską. -Powiedziała czerwonowłosa, gdy zajmowałam miejsce. Mruknęłam krótkie "przepraszam" i zaczęłam jeść.
-To gdzie idziemy? -Zagaiła blondynka, sącząc jakiś napój. Eleanor prawie wykrzyczała, że do centrum handlowego. Ach, ta nasza zakupoholiczka. Po zjedzonym posiłku, zapłaciłyśmy przystojnemu kelnerowi i poszłyśmy do miejsca wskazanego przez El, nieustannie się śmiejąc. W swoim towarzystwie czułyśmy się naprawdę bardzo swobodnie. Zaprzyjaźniłam się z nimi już kilka dni po przyjeżdzie do San Diego. Wszystkie mieszkamy w miarę blisko siebie i od dziecka uczęszczałyśmy do tych samych szkół.
-Musimy wybrać coś seksownego na pierwszy dzień szkoły! -Zagruchała Jade. Ta dziewczyna uwielbia się bawić męskimi uczuciami. -A, właśnie! -Klasnęła w dłonie, zatrzymując się przed jedną z wystaw sklepowych. -Wiecie, że przyjęli nowego ucznia? Udało mi się dowiedzieć, że to chłopak i będzie chodził do ostatniej klasy. Nie wiem czy to prawda, ale podobno raz nie zdał i ma 19 lat. Słyszałam jeszcze, że został wyrzucony z kilku szkół za bójki. -Ach, ta Jade. Lubi podsłuchiwać rozmowy ojca. Pan Thirlwall to dyrektor naszej szkoły. Zakupy zajęły nam kilka godzin, ja kupiłam tylko bladoróżowe vansy. Nic innego mi się nie podobało. A, że nie lubię wracać z zakupów z niczym, zdecydowałam się na kolejną parę butów. W domu byłam około 19. Na stole w kuchni widniała karteczka od mamy, informująca, iż kobieta poszła już dopracy, a obiad czeka na mnie w lodówce. Odgrzałam jedzenie i poszłam do pokoju. Włączyłam laptopa i zalogowałam się na portalach społecznościowych typu Twitter, Instagram, czy Facebook. Nie znalazłam tam nic wartego uwagi, więc odłożyłam komputer i wzięłam do ręki książkę. Otworzyłam na stronie, na której znajdowała się zakładka i zaczęłam czytać. W międzyczasie dostałam sms'a. Wzięłam telefon do ręki i odblokowałam go.

Od; Paul
Ronnie, błagam, porozmawiaj ze mną. Kocham cię i nie mogę cię stracić. Daj mi jeszcze szansę :(

Potrząsnęłam głową, usuwając wiadomość. Paul, to mój były chłopak. Zerwałam z nim kilka dni temu. Ten związek nie miał sensu. Nie kocham go, więc po co miałam to ciągnąć? Westchnęłam, odkładając telefon i biorąc książkę do ręki. Nagle, ktoś brutalnie pchnął moje drzwi, które z impetem uderzyły o ścianę. Cholera, zapomniałam ich zamknąć. Niech to diabli! Do pokoju wpadł wyraźnie wkurzony Matt, który złapał mnie za nadgarstki i przycisnął do ściany, próbując pocałować. Zaczęłam się z nim szarpać, za co pchnął mnie tak, że uderzyłam w nią głową. Wszystko zaczęło wirować mi przed oczami. Ocknęłam się, kiedy poczułam jego ręce pod moją bluzką.
-Nie dotykaj mnie! -Wykrzyczałam przyrodniemu bratu w twarz. Złość we mnie po prostu kipiała. Miałam dosć jego zachowania w stosunku do mnie. Przy rodzicach chłopak był troskliwym braciszkiem. Kiedy jednak oni gdzieś znikali, on zachowywał się jak kretyn. Wiecznie chciał się do mnie dobrać. Matt spiorunował mnie wzrokiem, po czym wymierzył siarczysty policzek. Pierwszy raz w życiu mnie uderzył. Przez chwilę wpatrywałam się w niego, w szoku. Nie należałam jednak do tych strachliwych dziewczynek, czego skutkiem był kopniak w jego krocze. Nastolatek zawył z bólu, aby następnie zgiąć się w pół. Nie odpuściłam, zadałam kolejny cios, tym razem z pięści, w twarz. Następnie pchnęłam go, wskutek czego wylądował na podłodze. Dostał jeszcze ostatniego kopniaka w żebra, kiedy krztusił się krwią. Wybiegłam z pomieszczenia, łapiąc po drodze telefon. W przedpokoju nałożyłam na stopy niebieskie, krótkie convers'y i pędem rzuciłam się do drzwi. Wiedziałam, że Matt w każdej chwili może się podnieść i mnie dogonić. W końcu to sportowiec. Dlatego tym razem zdecydowałam się na serię uderzeń, których nauczył mnie tata, kiedy miałam zaledwie osiem lat. W duchu mu za to dziękowałam, bowiem co by ze mną teraz było, gdyby tego nie zrobił? Podczas wyczerpującego biegu dawałam z siebie wszystko. Przypominałam sobie zasady tej dyscypliny. Wdychaj powietrze nosem, wydychaj ustami, aby nie złapać kolki. Rozkładaj siły tak, aby cały czas biec w jednakowym tempie. Usłyszałam dudnienie kroków, odwróciłam się i zobaczyłam go, biegnącego za mną. Jego twarz była umazana krwią i malowała się na niej złość. Był coraz bliżej. Kurwa. Jebać jednakowe tempo. Momentalnie przyśpieszyłam. Skręciłam w pierwszą uliczkę, manewrując pomiędzy stojącymi samochodami. Fuck, parking. Gdzie teraz? Zatrzymując się, rozejrzałam się dookoła. W oczy rzucił mi się sklepik, za którym rozciągała się droga, którą można się dostać na obrzeża miasta. Bez dłuższego namysłu, pobiegłam w tamtą stronę. Kroki nawet na chwilę nie ustąpiły. Cholera! Biegłam i biegłam, bez przerwy. W tym czasie z oczu zniknęły mi domy, sklepy i różne takie, otaczał mnie las. Tak, jestem idiotką i w środku nocy wbiegłam do lasu. Że też moja mama musiała mieć ciągle nocne zmiany, a Henry wyjechać na tydzień! W ciągu dnia lepiej by mi się uciekało od tego psychopaty. Zorientowałam się, że pomiędzy drzewami widać betonową drogę, skręciłam w tamtym kierunku. Wbiegłam na asfalt nie rozglądając się, czy przypadkiem nie nadjeżdża jakieś auto. W tamtej chwili sądziłam, że oczywistością jest, iż o tej godzinie na drogach jest pusto. Nic bardziej mylnego, jak to mówią. Oślepiły mnie światła reflektorów. Mocny ból w klatce. Upadek. Ciemność.
                                                                           ***

No dobra, mówię co innego i robię co innego, nieważne :) Jeśli mam być szczera, to dopiero w drugim rozdziale dzieje się coś ciekawego. Jest 25 wyświetleń, więc ktoś tu był :D Poważnie, proszę o komentarze, bo wtedy wiem, że nie piszę tego sama dla siebie :C Rozdział 2 też najprawdopodobniej dziś xx

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz