wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdział 2

Otworzyłam oczy, czując uciążliwy ból w klatce piersiowej. Zgięłam ręce, unosząc się na łokciach. Zaczęłam się nerwowo rozglądać. Było cholernie ciemno i w dodatku zimno. Co do diabła? A, no tak. Bieg. Las. Samochód. Wypadek. Więc co ja do chuja robię sama na ulicy?! Czyżby ten dupek, który mnie potrącił, kimkolwiek był, zostawił mnie tu na pastwę losu? Najwyraźniej tak. Skrzywiłam się, czując zaschniętą krew na twarzy. Ugh, czy ten człowiek jest normalny?! Przecież mogę tu umrzeć! Kiedy stanęłam na równe nogi, zakręciło mi się w głowie. Schowałam twarz w dłoniach, czując mdłości. O nie. Nienawidzę uczucia, kiedy chce mi się wymiotować. Łapczywie zaciągnęłam się powietrzem, próbując oddalić uczucie dyskomfortu w żołądku, powodujące odruchy wymiotne. Trochę lepiej. Sięgnęłam do kieszeni szortów i wyjęłam telefon. 1:32. Zajebiście! Leżałam nieprzytomna na ulicy kilka godzin i nikt mnie nie znalazł. Ironia losu, że teraz nie przejeżdżał tędy żaden samochód, a wcześniej ktoś mnie potrącił. Grr, ja i ten mój pech! Ruszyłam w stronę lasu, poprzez który znalazłam się na tej drodze. Szłam i szłam, bardzo powoli, a ból w klatce rósł na sile. Z powrotem znalazłam się na parkingu. Podeszłam do jednego z samochodów i zaczęłam wpatrywać się w moje odbicie, widniejące w jednej z szyb. Jęknęłam, widząc krew wokół ust. Uśliniłam palce jednej ręki i zaczęłam ścierać zaschnięty płyn. Nie miałam pojęcia, gdzie powinnam iść. Mama wraca około piątej, a nie mam pewności, że ten psychopata poszedł spać. Zrezygnowana, głośno westchnęłam. Ostatecznie, zdecydowałam się wrócić do domu. Może uda mi się wślizgnąć do niego niezauważenie i zamknąć się w pokoju. Odwróciłam się, chcąc ruszyć, jednak odbiłam się od czegoś i upadłam na ziemię. Przymknęłam oczy, czując napływającą falę bólu, spowodowaną upadkiem. Skrzywiłam się i podniosłam do pozycji siedzącej. Zadarłam głowę do góry, chcąc sprawdzić, na co, bądź na kogo, wpadłam. Przede mną stał wysoki blondyn. Miał na sobie białą koszulkę z jakimś nadrukiem i ciemne rurki. Przyglądał mi się zaciekawiony. I nie, nie jestem superbohaterem, widzącym w ciemności. Nieopodal stała latarnia, rzucająca światło, na tą część parkingu.
-Nie, nic mi nie jest. Nie, nie gniewam się, że mnie przewróciłeś i nie, wcale nie musisz pomagać mi wstać. -Rzuciłam sarkastycznie posyłając mu sztuczny uśmiech. Najprawdopodobniej nie powinnam go prowokować, biorąc pod uwagę okoliczności. W końcu mógł mi coś zrobić. Ale irytacja w mojej głowie po prostu musiała wypłynąć. Już się tam nie mieściła.
-Wszystko w porządku? -Zapytał przyjaźnie, nie zwracając uwagi na mój sarkazm, ugh. Kiwnęłam głową. -To dlaczego nie wstajesz?
-Bo nie mogę? -Wpatrywałam się w niego, nadal siedząc na betonie. Zrobił dziwny wyraz twarzy. -Wszystko mnie boli, a przez to, że mnie przewróciłeś, jest jeszcze gorzej.  -Rzuciłam ponuro w jego stronę. Posłał mi uśmiech i się nade mną pochylił. Jedną ręką objął mnie w talii, a drugą włożył pod moje kolana. -Co ty robisz?! -Krzyknęłam, gdy wisiałam w powietrzu, przylegając do niego ciałem.
-Spokojnie, księżniczko. Mówiłaś, że nie możesz wstać. -Zaśmiał się idąc w zupełnie przeciwną stroną, niż ta, gdzie znajdował się mój dom. Przełknęłam głośno ślinę. A co, jeśli to seryjny morderca albo gwałciciel? O Boże!
-Mówiąc, że nie mogę wstać, chodziło mi o to, żebyś podał mi rękę i pociągnął do góry, a nie brał na ręce i gdzieś niósł! -Wrzasnęłam w desperacji. Uciszył mnie i po kilku sekundach marszu, usadził na jakimś murku, stając między moimi nogami. Zrobiłam niezadowoloną minę, na co ponownie się zaśmiał.
-Hej, nie bój się. Nic ci nie zrobię, księżniczko. -Powiedział patrząc na moją twarz. Matko, jakie on ma cudowne, niebieskie oczy... Mogłabym w nie patrzeć godzinami... Nie! Ronnie, ogarnij się! Przecież nadal nie wiesz, czy on nie chce cię skrzywdzić. Jedna z jego rąk trzymała moje biodro, podczas, gdy druga skanowała moją twarz. Syknęłam, kiedy przejechał palcem po mojej wardze. -Przepraszam. -Skrzywił się, wiedząc, że zadał mi ból. -Kto ci to zrobił? -Wzruszyłam ramionami.
-Wpadłam pod samochód. -Odpowiedziałam zrezygnowana. Nie miałam zamiaru mówić mu o wcześniejszym zajściu z Matt'em. Pokiwał głową w zrozumieniu. Tym razem objął mnie dwoma rękami, przysuwając mnie do siebie. Poczułam jak mój tyłek odrywa się od zimnego murku. Moja twarz znajdowała się tuż, przy jego, a moje nogi swobodnie zwisały wzdłuż jego bioder. Trzymał dłonie na moich pośladkach, abym nie spadła. Co on znowu wyprawia?! Złapałam go odruchowo za ramiona, piorunując wzrokiem. -Co ty znowu robisz? -Jęknęłam. -Gdzie idziemy?
-Skoro miałaś wypadek, powinnaś iść do lekarza. Za rogiem jest mój samochód, zawiozę cię. -Odparł patrząc przed siebie. Dziwnie się czułam z tą bliskością pomiędzy mną, a nieznajomym. Westchnęłam.
-Jak masz w ogóle na imię? -Zapytałam skupiając jego uwagę na mojej osobie. Zatrzymał się, posyłając mi nonszalancki uśmiech.
-Niall. A ty, księżniczko?
-Veronica... -Powiedziałam z wahaniem. -Czemu sądzisz, że gdziekolwiek z tobą pojadę? Puść mnie. -Palnęłam, chmurząc się. Zignorował mój protest i ruszył dalej.
-A czemu miałabyś nie jechać? -Odparł rozbawiony, nie mam pojęcia czym. Poczułam za plecami zimną powierzchnię. A, no tak, przyparł mnie do samochodu. Otworzył drzwi i posadził mnie na miejscu pasażera. Trzasnął nimi i poszedł zająć własne miejsce. Próbowałam z powrotem je otworzyć, ale je zakluczył. Grr, nie pogrywaj ze mną chłopcze. Odpalił silnik i ruszył.
-Zapnij pas. -Powiedział nie patrząc w moją stronę. Nie zareagowałam.
-Wypuść mnie stąd. Wiesz, że właściwie to mnie porwałeś? -Pokręcił głową śmiejąc się pod nosem, znowu. Kurwa, co jest we mnie takiego śmiesznego? A może to on ma problemy psychiczne? Mniejsza.
-Porwałem? Czyżby? Ratuję ci tyłek. Ciesz się, że o tej godzinie trafiłaś na mnie, a nie na jakiegoś gwałciciela. W twoim stanie daleko byś nie uciekła. -Prychnął rzucając mi zirytowane spojrzenie. Ugh, mam ochotę go udusić.
-Skąd mam pewność, że ty nie jesteś gwałcicielem? -Popatrzyłam na niego, czekając aż odpowie.
-Wiesz, po pierwsze, gdybym rzeczywiście nim był, nie rozmawialibyśmy teraz, jadąc do szpitala, tylko ruchałbym cię od kilku minut na tylnim siedzeniu. -Wzdrygnęłam się na samą myśl. Uśmiechnął się, widząc moją reakcje. -Po drugie, nie mam problemu, aby dziewczyna poszła ze mną do łóżka, DOBROWOLNIE. -Podkreślił ostatnie słowo.
-Nieważne. -Mruknęłam. Przez resztę drogi nie odzywaliśmy się do siebie. Podobnie było w szpitalu. Lekarz nie znalazł niczego niepokojącego. Dał mi tylko jakieś tabletki przeciwbólowe, kazał uważać na siebie i nie uczestniczyć w zajęciach z wychowania fizycznego. Jak dla mnie bomba. Tym razem nie pozwoliłam, aby Niall wziął mnie na ręce. Szłam sama, z trudem, ale szłam.
-Jesteś uparta. -Rzucił, kiedy już wyszliśmy. Wywróciłam oczami. -To gdzie mieszkasz? Odwiozę cię.
-Nie trzeba, poradzę sobie. -Odparłam i ruszyłam. Poczułam uścisk na nadgarstku, odwróciłam się i patrzyłam na chłopaka w oczekiwaniu na to, co ma mi do powiedzenia.
-Nie puszczę cię samej o tej godzinie. Może ci się coś stać. -Nie miałam okazji zaprotestować, gdyż znowu zostałam umieszczona w jego ramionach i posadzona w w samochodzie. I kto tu jest uparty? Grr, nienawidzę, kiedy ktoś mi rozkazuje! Jechaliśmy w ciszy, może oprócz chwili, gdy podawałam mu adres. Szybko znaleźliśmy się pod moim domem.
-To jak? Mam cię znowu zanieść? -Zaśmiał się, odpinając mój pas.
-Kuszące, ale nie skorzystam. -Powiedziałam ironicznie. Wyszedł z auta, obiegł je na około i otworzył przede mną drzwi. Wysiadłam z jego pomocą.
-Dobranoc, księżniczko! -Krzyknął, zanim odjechał. Przewróciłam oczami, sfrustrowana. Weszłam po cichutku do domu i zamknęłam się  w pokoju. 3:24, super. Na pewno się wyśpię. Wywróciłam oczami i weszłam pod prysznic. W łóżku byłam dopiero o 3:40. Zapowiada się świetny dzień.

                                                                ***

Rozdział trzeci już jutro ;) Proszę was, komentujcie! Już jest około 30 wyświetleń i brak komentarzy... xx

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz