czwartek, 27 czerwca 2013

Rozdział 5

-Ronnie, nie pieprz głupot, tylko się ubieraj. -Mówiła stanowczo Danielle. Pokręciłam przecząco głową. Jest sobotni wieczór, a dziewczyny od kilkunastu minut przekonują mnie do pójścia na imprezę. Boszz, serio? Akurat dziś? Nie mam ochoty rozstawać się z moją koszulką z twarzą Justin'a Bieber'a oraz ciepłymi dresami. One nigdy nie dadzą mi odpocząć!
-No nie bądź taka! -Zapiszczała El. -Są twoje urodziny! Musisz iść! -Prychnęłam. Urodziny, jakby to było coś wielkiego. -No proooszę... -Specjalnie przeciągała ten wyraz, aby brzmieć bardziej uroczo. Ugh, nie znoszę, gdy to robi. Nie umiem jej wtedy odmówić.
-Okay. -Bąknęłam, naburmuszona. Siedemnaste urodziny, Boże, jak ja szybko się starzeję! Poszłam do łazienki, aby wziąć szybki prysznic. Po chwili wróciłam do pokoju, owinięta samym ręcznikiem. Dziewczyny wybrały już dla mnie sukienkę. Wysuszyłam włosy, umalowałam się i wbiłam w kieckę. (http://urstyle.pl/site_media/przedmioty/Koronkowa-sukienka.png)
-Wyglądasz bosko. -Zagruchała Perrie, gdy wchodziłyśmy do taksówki. Jakoś żadnej z nas się nie śpieszy, aby zdawać testy na prawo jazdy. Bądźmy szczerzy, prędzej zajdę w ciążę, niż któraś z nas legalnie poprowadzi auto. Nieważne. Droga trwała około 20 minut. No tak, moje kochane przyjaciółki ubzdurały sobie w tych swoich główkach, że pojedziemy do najlepszego klubu w mieście. Hades. Cóż za oryginalność. Fuknęłam pod nosem. Zapłaciłyśmy mężczyźnie i poszłyśmy do kolejki. Swoją drogą, ciekawe, czy nas wpuszczą.
-Dani! -Krzyknął ochroniarz, kiedy doszłyśmy do bramki. Był to John, jej brat. Ach, więc to tak się bawimy. Nie powiem, sprytne. -Cześć, laski. -Uśmiechnął się do nas i już po chwili byłyśmy w środku. Uderzył we mnie odór alkoholu, potu i dymu papierosowego. Świetnie, po prostu świetnie. Westchnęłam, przepychając się przez ludzi. Dotarłam do baru i zajęłam miejsce. Wszystko, czego tak bardzo nienawidzę. Alkohol, papierosy, narkotyki. Kto to w ogóle wymyślił? Dziewczyny zniknęły gdzieś na parkiecie. Chciały, abym poszła z nimi, ale odmówiłam. Zamówiłam colę i zaczęłam się gapić na ludzi. Wszyscy świetnie się bawili. Pili, tańczyli, całowali się. Niektórzy prawie uprawiali publicznie seks. Ech, zero szacunku do własnej osoby. Co się dzieje z tym światem? Pokręciłam głową, sącząc napój.
-Cześć, śliczna. -Spojrzałam na chłopaka, który zajął miejsce obok mnie. Całkiem przystojny. Krótkie, brązowe włosy, ogromne mięśnie, milion tatuaży. To chyba jednak nie mój typ.
-Cześć. -Mruknęłam. Daj mi spokój, człowieku. Czy ja wyglądam na kogoś, kto szuka towarzystwa?
-Co taka piękna dama, robi tutaj sama? -W jego mniemaniu najwyraźniej tak. Jeszcze te tandetne teksty. Boże, widzisz, a nie grzmisz. Wywróciłam oczami, odkładając szklankę.
-Nie jestem sama. -Oznajmiłam, posyłając mu sztuczny uśmiech. Chłopie, nie wiem, czy ktoś ci mówił, ale jeżeli dziewczyna jest chamska, znaczy to, iż nie ma ochoty na rozmowę z tobą. Zaśmiał się. Ups, chyba mi nie uwierzył. Cóż za strata.
-Na pewno. Postawić ci drinka? -Zapytał, próbując mnie objąć. Zepchnęłam rękę z mojego ramienia i się odsunęłam.
-Łapy przy sobie. -Warknęłam. Spieprzaj, koleś! -Nie piję. A poza tym, będę wdzięczna, jak dasz mi spokój. -Ucięłam i wstałam z miejsca. Skierowałam się w stronę tańczącego tłumu w poszukiwaniu przyjaciółek. Jak na złość, nigdzie ich nie było. Cholera jasna! Może któraś poszła do łazienki? Warto sprawdzić. Skręciłam w wąski korytarz i już po chwili znajdowałam się w damskiej toalecie. Wow, dość spore pomieszczenie, jak na zwykły klub. Przeleciałam wzrokiem poszczególne kabiny. Gówno, wszystko puste. Nagle drzwi się otworzyły, a w nich stanął ten sam koleś, który kilka minut temu się do mnie przystawiał. Ja pierdolę. Przełknęłam głośno ślinę, robiąc kilka kroków w tył.
-Wiesz, chciałem być miły, ale skoro z ciebie taka wredna suka, to masz, na co zasłużyłaś. -Uśmiechnął się przeraźliwie i ruszył w moim kierunku. Zrobiłam kilka kolejnych kroków, aż moje plecy napotkały zimną powierzchnię. Ściana. Nie, to nie może się wydarzyć! Mężczyzna szybkim ruchem naparł na mnie swoim ciałem, ściskając moje nadgarstki w jednej ze swoich rąk, drugą błądząc po moim ciele. Jego usta znalazły się na moich. Brutalnie wepchnął język pomiędzy moje wargi. Zaczęłam się szarpać, niestety na nic. Facet był ogromny. Spokojnie mogłabym stwierdzić, że jest grubo po dwudziestce. Łzy wypełniły moje oczy, aby po chwili ścieknąć po policzkach. Nie, błagam, ja nie mogę tak skończyć. Odsunął się na chwilę i złapał za koniec mojej sukienki.
-Nie! Proszę, zostaw mnie! -Szlochałam w jego stronę. On posłał mi jedynie kpiący uśmieszek, podwijając sukienkę do góry. Nie wiedziałam, co mam robić. W panice, z moich ust wyrwał się chrypliwy krzyk o pomoc. Napastnik zatkał mi usta dłonią, a ja, kompletnie zdesperowana ugryzłam jeden z jego palców. Szybko jednak tego pożałowałam. Usłyszałam głośny plask i poczułam piekący ból na policzku.
-Uspokój się, kurwa! I tak nikt ci nie pomoże suko! -Po słowach, które wypowiedział, stał się cud. Ktoś odciągnął mężczyznę ode mnie i jednym ciosem powalił go na zimną posadzkę. Szybko obciągnęłam materiał sukienki wzdłuż moich ud. Cały czas niekontrolowanie się trzęsłam. Mój oprawca, pod wpływem uderzeń stracił przytomność. Szlochając, z urywanym oddechem, spojrzałam w górę.
-N-niall? -Wydukałam, pociągając nosem. Chłopak nic nie powiedział, tylko mocno mnie do siebie przytulił. Początkowo, próbowałam go odepchnąć, ale odpuściłam. Uratował mnie, więc chyba nie powinnam się go bać. Głośno płakałam w jego bluzę, kiedy on pocierał moje plecy i głaskał mnie po włosach, powtarzając, że wszystko będzie dobrze. Nie wiem ile czasu tak staliśmy, ale w końcu się od niego odsunęłam, wycierając oczy. Na palcach zobaczyłam czarną maź. Rozmazałam się. Ugh, pewnie wyglądam jak potwór.
-Zdążył ci coś zrobić? -Spytał troskliwie. Zaprzeczyłam.
-Dziękuję. -Powiedziałam drżącym głosem. -Ale... Jak? Skąd wiedziałeś? -Przeczesałam nerwowo grzywkę.
-Przyszedłem tu z kumplami i przypadkowo wpadłem na twoją przyjaciółkę. Jade, chyba. Pytała czy cię nie widziałem. Mówiła, że gdzieś zniknęłaś i nie mogą cię znaleźć. Zacząłem cię szukać i usłyszałem twój krzyk. -Głośno westchnęłam. -Chodź. -Poinstruował miękko i złapał moją dłoń. Nie bardzo wiedziałam gdzie idziemy, ale nie sprzeciwiałam się. Sądźcie, że jestem głupia, ale ufałam mu. Gdyby nie on... Nie, nawet nie chcę o tym myśleć. Wyprowadził mnie z klubu i posadził w aucie. Szybko zajął swoje miejsce i ruszył. -Napisz do przyjaciółek, że wyszłaś ze mną i wszystko jest w porządku. Martwią się. -Nakazał, nie odrywając wzroku od jezdni. Posłusznie wyciągnęłam telefon i napisałam sms'a do Eleanor. Po kilkunastominutowej jeździe, zatrzymał się na jakimś podjeździe. Woah, woah, woah, przecież to nie mój dom! Gdzie ja, kurwa jestem?! Blondyn wysiadł z samochodu i otworzył przede mną drzwi. Niepewnie wygramoliłam się z siedzenia.
-G-gdzie jesteśmy? -Wyjąkałam. Okolica była mi kompletnie obca. Daje słowo, nigdy nie byłam w tej części San Diego.

                                                                   ***

Weszłam dzisiaj na bloga, patrzę, a tu ponad 150 wyświetleń! Yeahhh! Do tego komentarz! <3 Nawet sobie nie wyobrażacie, jaka to radość :) Dziękuję :* Spróbuję jeszcze dzisiaj stworzyć 6 rozdział, ale nie obiecuję ;3

1 komentarz: